niedziela, 3 stycznia 2016

Kamienie na szaniec = recenzja.

Dobry dzień!
Uznałam, że nadszedł czas, aby zalogować się na blogger'a i napisać coś, cokolwiek, na tym jakże nudnym blogu bez czytelników. Cóż, może ten, lub kolejny, a może kolejny lub kolejny i kolejny wpis przysporzy mi czytelników?


Arctic Monkeys- Balaclava

Dziś chciałabym wystawić Wam opinię na temat książki oraz filmu "Kamienie na szaniec". W poście o patriotyzmie obiecałam Wam przeczytać tą książkę; dzięki reakcji łańcuchowej po przeczytaniu książki zaciekawiłam się również ekranizacją dzieła - no i jakoś to poszło. 

Otóż książka Aleksandra Kamińskiego jest zwyczajnie niesamowita.
Tak niesamowita, że siedziałam do drugiej w nocy, z oczami jak spodki, zachwycona tematem, relacjami bohaterów i drżąca z przerażenia i prędkości potoku akcji. 
Treść była tak szczera, tak prosta, że wytrzepywała z człowieka wszelkie uczucia, podczas czytania czułam się niczym trzepany dywan, jak przebity balon, z którego wypływa cały hel.
W chwili śmierci Rudego... po prostu wszystkie uczucia się zebrały i na raz powstałą ogromna eksplozja.
Płakałam naprawdę długo, to było żałosne.
Powiem po prostu, że chyba rzeczywiście należy dorosnąć przed czytaniem książki. Nie wiem czy ja dorosłam na tyle, by dopuszczalnie chociaż zrozumieć treść, przesłanie, tego tekstu, zdaje mi się, że nie, ale wbrew wszystkiemu, jestem usatysfakcjonowana tym, że zrozumiałam to w jakiekolwiek sposób, nie ważne, czy błędny. Ważne, że w pewien sposób to do mnie dotarło, wywarło we mnie jakieś uczucia.

Natomiast film, hmm, film. Ekranizacja jest ciekawa, interesująca: owszem, wywołała u mnie również płacz, ale... no cóż, reżyser popełnił parę błędów. Między innymi przeistoczenie Alka w postać epizodyczną, lub porwanie Rudego w 30 minucie dwugodzinnego filmu. 
Jednak nie mogę wymieniać wad, bez wymieniania atutów tego filmu. Otóż aktor grający Rudego został idealnie dobrany, naprawdę. Moje wyobrażenie co do Rudego było identyczne, więc byłam zachwycona, gdy zobaczyłam, iż gra go ten, a nie inny, aktor. 
Kolejną zaletą ekranizacji "Kamieni na szaniec" jest niesamowite przedstawienie porwania Jana Bytnara. Owszem: akcja toczyła się zbyt szybko, nie było nawet scen z Małego Sabotażu, (!) ale samo jego porwanie było naprawdę dobrze przedstawione; wywoływało strach, grozę, smutek. Genialnie pokazane.

Tak, to jest ważne przeczytania. I nie, cholera, nie, jako lekturę, bo tu już od razu jesteśmy źle nastawieni do książki, bo jak wiadomo lektur raczej nikt nie lubi, więc ja osobiście zalecam samodzielnie sięgnąć po tę wyborną lekturę. Ohh, od razu przestrzegam: czytanie nie będzie przyjemnie, nie. Będzie płacz, wzruszenie, współczucie. I dobrze! Dobrze, dobrze, dobrze!
O to w tym chodzi.

~Agusia, mroczny_tapczan

piątek, 11 grudnia 2015

Współrzędne geograficzne, czyli jak z kujona zrobić dekla.

Ho, ho, ho!
Nie wiem jak wy- ja już od września czuje tzn. magię świąt- bo już sam początek roku kojarzyć można, co, przynajmniej według mnie, jest jak najbardziej trafne, z świętami Bożonarodzeniowymi. Jednak wszystko zaczęło się w listopadzie- już od początków tego wietrznego miesiąca przerwy reklamowe i gazety Biedronki czy Lidla były wypchane po brzegi świątecznym klimatem. Spojrzałam na tytuł tego posta i uświadomiłam sobie, że odchodzę od tematu. Ojej.

***

Jak mówi temat- ten wpis dotyczyć będzie współrzędnych geograficznych. Cóż- wydawałoby się, że jestem jedną z lepszych uczennic, (aż w takim stopniu, że specjalnie się budzę o piątej aby robić zadania domowe) jednak uczennicą trochę leniwą (i właśnie dlatego nie odrabiam lekcji w dzień, taka jestem leniwa; wolę obudzić się o piątej i odrobić) ale mimo tego się staram uzyskać jak najlepsze oceny. Jednak mam problem z trzema przedmiotami, a szczególnie z jednym- geografią.
Nie wiem czemu, ale to co jest na lekcji geografii kompletnie nie wchodzi mi do głowy. Nieważne jakbym się uczyła- nic. Kompletna pustka. Może to przez tematy, które przerabiamy od początku roku? Możliwe.
Wczoraj zostałam w szkole godzinę dłużej, zmuszona poprawą jedynki z kartkówki (normalnie nie poprawiamy kartkówek, jednakże nauczycielka uparła się o to, że każdy kto będzie miał poniżej oceny dobrej, będzie poprawiał aż do osiągnięcia tego stopnia) z współrzędnych geograficznych. Cholerstwo, naprawdę. Nie rozumiem- owszem, powinnam umieć orientować się w terenie i tak dalej, ale żeby określać miejsca na jakiś idiotycznych Wyspach Owczych (mieszkańcy Wysp Owczych, przepraszam)? Po co? 
Tak więc oficjalnie oznajmiam, że nawet największy kujon potrafi być deklem z jakiegoś przedmiotu. Jednak trzeba się trzymać- można być albo takim co ma na wszystko *cenzura*, albo totalnym kujonem, albo kujonem "z kilku przedmiotów deklem", albo totalnym deklem. Wcześniej należałam do pierwszej wymienionej grupy, czyli taki trójkowo-czwórkowicz, jednak teraz, w tym roku, spięłam poślady i ostro zabrałam się za naukę, awansując na poziom "kujon z kilku przedmiotów dekiel", co według mnie nie jest aż takim złym wynikiem, ponieważ w zeszłym roku na koniec miałam z matematyki tróję, teraz mi wychodzi klawa piąteczka!

Sześć z chemii. I z religii, haha. A przecież jestem tą cholerną ateistką. Bo to nie jest tak, że mam coś do Boga- nie, nie, nie. Jak są wierzący, no to niech sobie wierzą. Po prostu jestem szczególnie dynamiczną osobą i takie ograniczenie jak dekalog, czy obowiązek chodzenia na mszy święte, jest dla mnie uwierające i niewygodne, hm. Jednakże mama chciała i się stało. Chodzę na lekcje religii aż do bierzmowania.

***

To ja się z Wami żegnam, bo syf w moim pokoju daje się we znaki. Wysypałam wszystko z szafy, więc teraz będę marnować cenne godziny swego jakże cennego życia na równiutkim i regularnym układaniu odzieży. Kapitalnie, bombastycznie, wspaniale! Po prostu nie mogłam się doczekać na to jakże interesujące i ciekawe zadanie.

Agaczek, Tapczuś.

środa, 9 grudnia 2015

Dawno mnie nie było, ale chyba przeżyjecie. Trochę o współczuciu!


tak. wiem. znowu podsiadło. przepraszam.

Sam tytuł mówi za siebie. Jednak po dogłębnych analizach, zadecydowałam, że pisanie posta na tym blogu byłoby po prostu marnowaniem czasu. Dlaczego? Bo nie mam czytelników, hehe. oprócz tego teraz z pisaniem jest ciężej, bo praca na dwóch blogach to nie taka łatwizna. Ale co ja poradzę? Życie, kochani, życie. Zresztą ten zlepek tekstu jest pisany tylko dlatego, bo jedna z moich koleżanek, którą szczerze teraz pozdrawiam, dowiedziała się o istnieniu tej witryny, i jakoś tak głupio byłoby pokazywać jej ten blog z trzema wpisami, hm. Oprócz tego niedawno miałam trzynaste urodziny i wbrew moim planom czasu na posty również nie było. Przeżyjecie, co nie?

Dziś chciałabym poruszyć nie bardzo oryginalny temat- mianowicie empatię. 

Współczucie. Litość. Żal. Miłosierdzie. Politowanie.

Prosiłabym o zastanowieniu się nad etymologią danego słowa. Współczucie. Wspólne czucie, tak? Tak, chyba tak. Według Wikipedii, współczucie to stan emocjonalny, w którym jeden człowiek solidaryzuje się z inną osobą, współodczuwa. Jeju, pewnie uznacie to za głupie, może i za niedojrzałe, ale ten tekst jest napisany naprawdę ładnie, powiedziałabym że mnie nawet poruszył. Słowa współgrają ze sobą, są idealnie dobrane i doskonale odzwierciedlają znaczenie słowa współczucie.

A wiecie, wiecie co jest najsmutniejsze? Codziennie, przyznam z ręką na sercu, codziennie widuje młodzież, ludzi dorosłych- niepomagających. Nie, nie. Ja również nie należę do tych świętych wszystkim pomagających- ale staram się. Ewidentnie boimy się pomagać ludziom, czujemy strach przed odrzuceniem, oburzeniem. Ale warto pomagać. Nawet jeśli ten ktoś nie będzie potrzebował pomocy- zawsze na koncie mamy miły gest. I to się liczy! Miły gest! Chociażby "dzień dobry mogę panu/pani w czymś pomóc?". Ciężkie siaty. Wózek inwalidzki. Hej, no przecież to się samo za siebie prosi! Pomagajmy, bo to bezinteresowne, a zmienia człowieka. Tego co potrzebuje pomocy i tego który pomaga.
Gest pod przykrywką drobności, naprawdę wspaniały.
Pomagajmy. To bezinteresowne.