piątek, 11 grudnia 2015

Współrzędne geograficzne, czyli jak z kujona zrobić dekla.

Ho, ho, ho!
Nie wiem jak wy- ja już od września czuje tzn. magię świąt- bo już sam początek roku kojarzyć można, co, przynajmniej według mnie, jest jak najbardziej trafne, z świętami Bożonarodzeniowymi. Jednak wszystko zaczęło się w listopadzie- już od początków tego wietrznego miesiąca przerwy reklamowe i gazety Biedronki czy Lidla były wypchane po brzegi świątecznym klimatem. Spojrzałam na tytuł tego posta i uświadomiłam sobie, że odchodzę od tematu. Ojej.

***

Jak mówi temat- ten wpis dotyczyć będzie współrzędnych geograficznych. Cóż- wydawałoby się, że jestem jedną z lepszych uczennic, (aż w takim stopniu, że specjalnie się budzę o piątej aby robić zadania domowe) jednak uczennicą trochę leniwą (i właśnie dlatego nie odrabiam lekcji w dzień, taka jestem leniwa; wolę obudzić się o piątej i odrobić) ale mimo tego się staram uzyskać jak najlepsze oceny. Jednak mam problem z trzema przedmiotami, a szczególnie z jednym- geografią.
Nie wiem czemu, ale to co jest na lekcji geografii kompletnie nie wchodzi mi do głowy. Nieważne jakbym się uczyła- nic. Kompletna pustka. Może to przez tematy, które przerabiamy od początku roku? Możliwe.
Wczoraj zostałam w szkole godzinę dłużej, zmuszona poprawą jedynki z kartkówki (normalnie nie poprawiamy kartkówek, jednakże nauczycielka uparła się o to, że każdy kto będzie miał poniżej oceny dobrej, będzie poprawiał aż do osiągnięcia tego stopnia) z współrzędnych geograficznych. Cholerstwo, naprawdę. Nie rozumiem- owszem, powinnam umieć orientować się w terenie i tak dalej, ale żeby określać miejsca na jakiś idiotycznych Wyspach Owczych (mieszkańcy Wysp Owczych, przepraszam)? Po co? 
Tak więc oficjalnie oznajmiam, że nawet największy kujon potrafi być deklem z jakiegoś przedmiotu. Jednak trzeba się trzymać- można być albo takim co ma na wszystko *cenzura*, albo totalnym kujonem, albo kujonem "z kilku przedmiotów deklem", albo totalnym deklem. Wcześniej należałam do pierwszej wymienionej grupy, czyli taki trójkowo-czwórkowicz, jednak teraz, w tym roku, spięłam poślady i ostro zabrałam się za naukę, awansując na poziom "kujon z kilku przedmiotów dekiel", co według mnie nie jest aż takim złym wynikiem, ponieważ w zeszłym roku na koniec miałam z matematyki tróję, teraz mi wychodzi klawa piąteczka!

Sześć z chemii. I z religii, haha. A przecież jestem tą cholerną ateistką. Bo to nie jest tak, że mam coś do Boga- nie, nie, nie. Jak są wierzący, no to niech sobie wierzą. Po prostu jestem szczególnie dynamiczną osobą i takie ograniczenie jak dekalog, czy obowiązek chodzenia na mszy święte, jest dla mnie uwierające i niewygodne, hm. Jednakże mama chciała i się stało. Chodzę na lekcje religii aż do bierzmowania.

***

To ja się z Wami żegnam, bo syf w moim pokoju daje się we znaki. Wysypałam wszystko z szafy, więc teraz będę marnować cenne godziny swego jakże cennego życia na równiutkim i regularnym układaniu odzieży. Kapitalnie, bombastycznie, wspaniale! Po prostu nie mogłam się doczekać na to jakże interesujące i ciekawe zadanie.

Agaczek, Tapczuś.

środa, 9 grudnia 2015

Dawno mnie nie było, ale chyba przeżyjecie. Trochę o współczuciu!


tak. wiem. znowu podsiadło. przepraszam.

Sam tytuł mówi za siebie. Jednak po dogłębnych analizach, zadecydowałam, że pisanie posta na tym blogu byłoby po prostu marnowaniem czasu. Dlaczego? Bo nie mam czytelników, hehe. oprócz tego teraz z pisaniem jest ciężej, bo praca na dwóch blogach to nie taka łatwizna. Ale co ja poradzę? Życie, kochani, życie. Zresztą ten zlepek tekstu jest pisany tylko dlatego, bo jedna z moich koleżanek, którą szczerze teraz pozdrawiam, dowiedziała się o istnieniu tej witryny, i jakoś tak głupio byłoby pokazywać jej ten blog z trzema wpisami, hm. Oprócz tego niedawno miałam trzynaste urodziny i wbrew moim planom czasu na posty również nie było. Przeżyjecie, co nie?

Dziś chciałabym poruszyć nie bardzo oryginalny temat- mianowicie empatię. 

Współczucie. Litość. Żal. Miłosierdzie. Politowanie.

Prosiłabym o zastanowieniu się nad etymologią danego słowa. Współczucie. Wspólne czucie, tak? Tak, chyba tak. Według Wikipedii, współczucie to stan emocjonalny, w którym jeden człowiek solidaryzuje się z inną osobą, współodczuwa. Jeju, pewnie uznacie to za głupie, może i za niedojrzałe, ale ten tekst jest napisany naprawdę ładnie, powiedziałabym że mnie nawet poruszył. Słowa współgrają ze sobą, są idealnie dobrane i doskonale odzwierciedlają znaczenie słowa współczucie.

A wiecie, wiecie co jest najsmutniejsze? Codziennie, przyznam z ręką na sercu, codziennie widuje młodzież, ludzi dorosłych- niepomagających. Nie, nie. Ja również nie należę do tych świętych wszystkim pomagających- ale staram się. Ewidentnie boimy się pomagać ludziom, czujemy strach przed odrzuceniem, oburzeniem. Ale warto pomagać. Nawet jeśli ten ktoś nie będzie potrzebował pomocy- zawsze na koncie mamy miły gest. I to się liczy! Miły gest! Chociażby "dzień dobry mogę panu/pani w czymś pomóc?". Ciężkie siaty. Wózek inwalidzki. Hej, no przecież to się samo za siebie prosi! Pomagajmy, bo to bezinteresowne, a zmienia człowieka. Tego co potrzebuje pomocy i tego który pomaga.
Gest pod przykrywką drobności, naprawdę wspaniały.
Pomagajmy. To bezinteresowne.

piątek, 13 listopada 2015

Witam ponownie!

Na samym począteczku chciałabym pozdrowić Haniolkę- to naprawdę miłe, gdy taka amatorska blogerka jak ja, słyszy takie słowa. Dziękuje! <3

Dziś nie mam żadnego mniej czy bardziej konkretnego tematu, ale chciałabym podzielić się z Wami tym, co aktualnie się ze mną dzieje. Otóż dzisiaj oddałam pieniążki na teatr, więc za równiutkie trzy tygodnie wyjeżdżam na spektakl.

Bardzo się cieszę, bo, mimo iż wiele osób z mojego rocznika wybrałoby kino, a nie teatr, to ja wolę jednak pojechać do teatru. Obraz na żywo + nie szajs + emocje + powaga + brak głupich i nieśmiesznych żartów. Po prostu większość filmów puszczanych w kinie nie jest jakoś specjalnie... no, sami wiecie. Kiedyś były świetne bajki animowane, jak "Iniemamocni", czy "Gdzie jest Nemo?". A teraz? A teraz dziki gang naćpanych wiewiórek nielegalnie sprzedaje orzechy z narkotykami w środku.

Kolejną sprawą jest to, że pierwszy raz w życiu przydarzyło mi się, aby mieć aż cztery poprawy ze sprawdzianu. Aż cztery, wow. Wszystko dlatego, bo jedną dodatkową dostałam za to, że siedziałam do 18.00 w szkole, więc nie mogłam się uczyć, a pewien chłopak z mojej klasy (tzn. adwokat doskonały), który również wtedy siedział do osiemnastej w szkole (robiliśmy plakat) załatwił nam dodatkową poprawę. Natomiast te dwie kolejne są dlatego, bo nauczyciel nie zdążył w ciągu dwóch tygodni sprawdzić naszych prac, w efekcie czego, finalnie, nie wpisuje żadnych trój, dwój, czy jedynek, a, na dodatek, każdy osobnik chodzący do klasy IB ma plus dwie dodatkowe poprawy. Ciekawie, nie?

To ja się z Wami żegnam, bo syficzek w pokoju mówi sam za siebie, więc muszę go usprzątnąć. Do następnego, rodacy moi mili! Wpisu możecie spodziewać się w niedzielę.

środa, 11 listopada 2015

Szarość tak dumnie brzmi, warta każdego dnia.


"Nie martw się proszę,
wszystko skończy się,
Prędzej i mocniej,
odwaga zabija mnie.
Nic się nie stało,
przecież dobrze wiesz.
Oddałbym wszystko,
żeby wszystko mieć."

Pewnie to co teraz piszę może wzbudzić kontrowersje, ale ja no to jak najbardziej pozwalam. Pozwalam być wymieszana z błotem z powodu mojej opinii.
Nie mam nic przeciwko.
Od wczoraj próbuje powstrzymywać się od łez. Ale dlaczego? Dlaczego jakaś trzynastoletnia
gimbusiara miałaby płakać? Z powodu chłopaka może? Nie. Nie-nie-nie.
Bo tu nie o to chodzi. Tu nie chodzi o to, że ja płaczę z czegoś, czegoś dotyczącego mnie. Właśnie jest inaczej. Jest całkowicie inaczej. Po prostu- coś we mnie pękło. Nigdy nie byłam osobą specjalnie patriotyczną- matka nigdy nie wywiesza (lecz w tym roku ją zmuszę) biało-czerwonych flag, nigdy nie modliłam się również przy grobie nieznanego żołnieża (ale teraz będę!)- ale nie należałam jednak do grona tych naśmiewających się, z tego wszystkiego. Byłam (podkreślam- byłam) raczej osobnikiem obojętnym.

Nie pamiętam dokładnie kiedy, ale na pewno wcześniej usłyszałam ten utwór.
Wtedy raczej nie było to dla mnie nic wielkiego, melodia nie przypadła mi do gustu, wszystko wydawało mi się smętne i zbyt melancholijne jak na osobę pokroju (starej) mnie. Jednak teraz, zwyczajnie zachęcona propozycją na youtube- kliknęłam.

Wydaje mi się, że dorosłam do tego utworu. Tak. Rozumiem przekaz, rozumiem słowa, rozumiem melodię, rozumiem teledysk. Ale skąd wiem, że to poprawnie zrozumiałam?
Bo płaczę. Tak. Bo płaczę. Chociaż wydaje mi się, że nieodpowiednie byłoby nazwanie tego co działo się z moimi uczuciami podczas słuchania tej piosenki "płakaniem". Ja dosłownie ryczałam. Utwór rozdzierał mnie od środka, zaczynając od porządnego naruszenia części psychicznej, kończąc na fizycznej- w pewnym momencie ręce zaczęły mi dygotać. Wszystkie uczucia zebrały się w jedną mieszaninę, i wybuchnęły, niczym komin z utworu Marii Konopnickiej. Z każdym ponownym odtworzeniem napływało do moich oczu coraz więcej łez, trudnych do opanowania.
Jestem osobą uczuciową, wrażliwą, ale  to wzbudziło we mnie... wzruszenie; porządne, solidne wzruszenie. Poczułam dumę, poczułam współczucie, poczułam smutek. I nadal płaczę. Tak. Po prostu nie potrafię opanować mojego uczucia, nie wiem, do tej piosenki. Poczułam... patriotyzm?

Zazwyczaj nie rozumiałam ludzi "antypatriotycznych"- wyjeżdżających za granice Polski, naszego kochanego kraju- i twierdzących, że ich ojczyzna jest tylko obrazą dla ich godności. Może oni nie chcą być porównywani z resztą społeczeństwa polskiego? Może nie są dumni ze swego kraju? Nie rozumiem tego, nie rozumiem, nie rozumiem, nie rozumiem. Ja jestem, przepraszam za kolokwializm, CHOLERNIE dumna ze swego kraju, ze swojej Polski. Z Polaków. Ale nie z Polaków teraźniejszych

Jestem dumna z tego co zrobili, z tego, że walczyli do ostatnich kropelek krwi, że walczyli mimo potu skapującego spod brody i czoła... Ja im za to dziękuje, i tak naprawdę,  żałuję, że nie możemy, że nie mogę, być kimś takim jak oni. Jestem, cholernie, cholernie, dumna. Dumna do cholery.

Jutro zamierzam odwiedzić groby nieznanych żołnierzy, jeżeli rodzicielka mnie nie podwiezie- pojadę rowerem. Tak. chcę zostać patriotką, oficjalnie to ogłaszam.
Natomiast, w najbliższym czasie postanawiam wypożyczyć z biblioteki "Kamienie na szaniec", bo strasznie ciekawa jestem tej lektury. Po przeczytaniu tradycyjnie zobaczę film, bo również wydaję się niesamowicie interesujący; w końcu to przez teledysk do tej piosenki (utwór został użyty w filmie) wylewałam przez ostatnie kilka godzin łzy, a, przyznam- nadal jestem roztrzęsiona. Wszystko przez tą końcówkę. Ale to wy zobaczycie sami.

Jak najbardziej możesz wyrazić swoją opinię w komentarzu- spokojnie, nie urażę się. To, że przez pół dnia ryczę przez piosenkę, nie znaczy, że będę płakać przez czyiś komentarz... chyba. Ale w końcu jest to gimbusiarsko-amatorski twór gimbuski-amatorki, więc... więc wiesz. No, to leć pisać komentarz, będę wiedzieć,  że ktoś tu żyje.

Bądźmy Polakami! 

piątek, 23 października 2015

Cokolwiek.


Tak, tak.
Znowu ja.

Dziś miałam raczej normalny dzień. Nic ciekawego. Szkoła jak szkoła- spanie lub rozmawianie na fizyce, rysowanie na matematyce, nieustanne wpatrywanie się w okno. Normalka.

Wiecie co? Jestem bardzo uczuciową osobą, i po protu uwielbiam się przytulać. Tak po prostu. Każdy, choćby i mini-przytulas, poprawia mi humor. Dokładnie.
No i ostatnio dużo się przytulam, to z M., to z L., O.. Można w łatwy sposób pokazać, że kogoś lubimy, tak zwyczajnie.

Jak wychodzimy na długiej przerwie na dwór, to zazwyczaj, pff, co ja mówię- zawsze!, i to zawsze stoi tam ta sama grupka osób.
Raczej w mojej szkole jest taki fajny klimacik, że każdy trzyma się z każdym, i nie ma czegoś takiego, że jest jakaś nielubiana osoba w klasie, czy grupki osób, które nie dopuszczają innych do swej rozmowy. Prozaicznie: gawędzisz sobie z kolegami/koleżankami na przerwie, ktoś bezceremonialnie do was podchodzi, i rozmawia. Ja orientuję się, że w niektórych szkołach tak nie ma; ja wiem, i rozumiem, to, że na przerwach tworzą się grupki, że w szkole, klasie, czy jak tam, macie "krulefne" i jej "pszydópasy". Ja to znakomicie pojmuję. Przed gimnazjum sama byłam w takiej klasie; jednak teraz jest już lepiej. Mam przyjaciółki, kumpelki, czy kolegów.

Uh, odbiegam od tematu.

Wracając do grupek- ostatnio, pewien "laluś" klasowy, podszedł do mnie, i zapytał- uwaga, bo będzie teraz ostro- "Moi koledzy chcieli się ciebie zapytać; czy ty jesteś lesbijką?".

EJ-EJ-EJ.

W głowie przeleciało mi szybko moje typowe "no chyba nie", desperacko starałam się złożyć ze swoich myśli jakąś konkretną odpowiedź... ale... ale no wiadomo, jak to w takich momentach jest...

Wydukałam więc, że "Nie, nie jestem. To że się przytulam z przyjaciółkami, nie znaczy, że jestem lezbijką. Mam przyjaciółki, które po prostu kocham. A do tego mam chłopaka."(<- tak, to było kłamstwo) i po chwili również podratowała sytuacje moja nowa kumpelka, L.: "Ja też jestem zajęta...". A co on na to? On na to: "Czyli masz dziewczynę?"

ASDFGHJKL

No chyba nie.
Nie, nie nie.
Cholera. Ja go, i jego "grupki" kompletnie nie znam, a oni nie znają mnie. No ok, ja już wcześniej wiedziałam, że mnie obgadują, miałam to gdzieś. Ale... ale żeby aż tak się posunąć? No cholera.

Może zostaw po sobie komentarz? :')

~mroczny tapczan

czwartek, 22 października 2015

Kim ja właściwie jestem? Co ja tu robię?


Kim ja właściwie jestem?
No właśnie.
Jak pewnie wyczytaliście sobie z mojego opisu, jestem sprzedawcą skarpet w mikołaje. Niestety, nie jestem ani sprzedawczynią, ani sprzedawczynią skarpet, ani skarpetą, ani mikołajem, ani, niestety, skarpetą w mikołaje. 
Więc kim ja właściwie jestem?
Jestem masłem marnotrawstwa, rozpuszczającym się powoli na grzance czasu i przestrzeni.
Ale możecie mówić mi Agnieszka, Agusia, Agu, czy jak tam Bóg wie.
Mój charakter- niczym mieszanka wybuchowa. Normalnie jak cola z mentosami. Czasem jestem pogodna, jowialna, przesympatyczna, itepe. Ale, niekiedy, zdarza zmienić mi się w zatrważające i przeraźliwe monstrum. Staje się okrutnikiem z krwi i kości, dołownie.
Uh.
Chyba już Was zniechęciłam.
Lubię nosić za duże swetry, mam metr 153 (wołają na mnie krasnal, karzeł), i, jak wcześniej było wspominane, na imię mam Agnieszka. Nie lubię mojej pełnej nazwy własnej- nie mówcie do mnie Agnieszka (znowu zaprzeczam sama sobie). Ja jestem Agu. Agu, albo Tapczan. Mówcie jak chcecie, byle nie "Agnieszka". 

No proszę ja Was, to zbyt oficjalnie jak na taką cole z mentosami, tzn. mieszankę wybuchową, jak ja.

Dobra, dobra, skoro się już przedstawiłam, to możemy przejść do kolejnej części.

O czym będę tu pisać?

Sama na początkowo nie wiedziałam. Może z mojego zamiłowania do pisania? A może to przez potrzebę wyrażenia się w "internetach". Pfft.

No mówię przecież, że sama nie wiem.
Załóżmy, że pisać będę o wszystkim.
Tak.
Tak mi pasuje. 

~mroczny tapczan